Nareszcie! Odrobinka odpoczynku, czas oddechu po dość szalonym okresie przedświątecznym.
Niestety u nas pod znakiem anginy dzieciaków =/. Teraz wreszcie nasze pociechy poszły spać umęczone prezentowym szaleństwem, a my możemy sobie usiąść i trochę poleniuchować. Wreszcie mam czas wrzucić posta na bloga. Nie miałam na to wcześniej najmniejszych szans, a chciałam Wam wszystkim, moi kochani anonimowi czytelnicy złożyć świąteczne życzenia. Odpocznijcie sobie po trudach przygotowań, pojedzcie sobie smacznie ( a co tam! Czasami można), pośpiewajcie kolędy i cieszcie się wspólnie spędzonym czasem.
Teraz trochę migawek wyczynów handmaidowych poczynionych na święta. U nas w tym roku, po paru dobrych latach, na salony powrócił czerwony kolor. Gdzieś zapodziałam swój piękny, lniany czerwony obrus. Nigdy go nawet nie użyłam i teraz kiedy postanowiłam urządzić mu debiut... ZNIKNĄŁ. Cóż, pech...
Wracając do tematu. Zdjęcia...
Poduchy dla moich chłopaków- J. jak zawsze dostał czerwoną, dla O. szara.
Pierniczki... Ich dekorowanie to prawdziwy pożeracz czasu, ale także nieopisany relaks. Razem z J. uwielbiamy produkować pierniczki, to jedyne ciastka, które robię bo lubię, a nie bo muszę. Największym fanem pierników jest mały O. Wystarczy nieumyślnie zostawić je w zasięgu małych łapek i znikają w tempie ekspresowym. O. próbował także dostać się do wypieków zawieszonych na choince, która w tym roku, właśnie ze względu na małego dreptacza znajduje się wyżej, jest mniejsza i cięższa. Jednego pierniczka udało mu się zdobyć...
I na koniec poczynione na prędce ozdoby świeczek z IKEI, wykonane z resztek gałązek, które pozostały T. po wykonaniu karmnika. Jakoś nie pasowały mi takie łyse szklanki...
To tyle na dziś. Zmykam trochę się zdrzemnąć, by nie zasnąć na pasterce po dość ciężkim tygodniu.
Do przeczytania wnet! SoKo








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz